«„Rubin” przerywa milczenie»

- 3 -

Tarcza chmur nad nami utworzyła regularne, zmniejszające się w oczach koło. Jego krawędzie najpierw powoli, potem coraz szybciej odbiegały ku górze, okrąglały. Równocześnie środek wypuczał się w gigantycznych rozmiarów balon. Jego barwy przygasły, zmatowiały, jasne złoto przeszło w czerwień zmieszaną z fioletem. Ale i to było złudzeniem. Na powierzchni kuli, jaką tworzyły już w tej chwili chmury, kładł się tylko refleks czystego nieba, dziwnie pociemniałego, pozbawionego naturalnej perspektywy, jakby zamkniętego w przestrzeni ścianą czarnego szkła. Wpatrzyłem się w ten poszerzony absurdalnie horyzont i osłupiałem ponownie. Wokół chmur, nad naszymi głowami, rysowały się ostre i czyste kontury lądów, gór i wielkich kraterów. Planeta, ku której zmierzaliśmy, otaczała nas swoją skorupą, zamykała wewnątrz przestrzeni sferycznej zbudowanej z własnych kontynentów i oceanów. Przeniosłem wzrok wyżej. Balon chmur oddalił się, przybierając barwę rzekomego firmamentu. Przez moment jeszcze potrafiłem odgadnąć jego kształt, po czym kopuła widnokręgu zamknęła się nad nami, ukazując zawieszone prostopadle odbicie powierzchni globu.

Ale to nie było żadne odbicie. Znaliśmy atmosferę satelity, na którym osadzono stację. I nie tylko atmosferę. Znaliśmy na pamięć dane dotyczące temperatury, składu chemicznego skał, promieniowania, czego tam jeszcze. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka na tym globie, ale potrafilibyśmy z drobiazgową dokładnością powiedzieć, w jakim to coś wystąpi otoczeniu. To tylko mój wzrok pozwolił się zaskoczyć. Co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć. Świat, który nas wchłonął, wyglądał jak przeniesiony z gorączkowego snu.

Światełka czujników przygasły raz i drugi. Zawibrowały sprężarki tłoczące tlen w przewody skafandrów. Dobiegające z dala, jakby z wnętrza góry dudnienie przeszło w ciągły, zjadliwy grzmot. Zbyt długo patrzyłem w górny ekran. Uciekł mi moment, w którym nieznany grunt staje się lądowiskiem.

Jedno uderzenie, od którego zamrowiło mi w karku, i nagła cisza. Zamierający, ledwie słyszalny syk dyszy. Przekazywany przez obiektywy obraz lądu rozmazał się na moment, po czym wyostrzył ponownie. Staliśmy.

— Tak — powiedział Luta. — Tak to wygląda…

Żaden z nas nie odpowiedział. Siedzieliśmy bez ruchu, nie spuszczając wzroku z okienek czujników. Mijały sekundy. Podłoże trwało mocno, pewnie. Temperatura pancerza opadała. Dym i kurzawa wzbita odrzutem ustępowały, ukazując otaczający lądowisko krajobraz. Cisza.

- 3 -